poniedziałek, 29 grudnia 2014

64. snieg w Anglii

Po czterech dniach totalnego chaosu, rozpizdu i paraliżu komunikacyjnego spowodowanego śniegiem, Anglikom znudziło się jojczenie i płacz nad dantejskimi scenami opisywanymi w The Daily Mailu i nastąpił powrót do jako takiej normalności.
Dziesięć centymetrów śniegu doprowadzające cały kraj do paraliżu było śmieszne dawniej, a nie teraz jak wchodzę do pracy i mam jedenaście nieodebranych połączeń od osób, które nie mogą przyjść na zmianę bo wszystkie autobusy są odwołane.
Co nie zmienia faktu, że Wielka Brytania pokryta śniegiem jest najbardziej malowniczym miejscem na świecie i bardzo chcę, żeby tego śniegu spadło więcej <3

środa, 17 grudnia 2014

63. przemyslenia


Przyszłam do JW na komputer, jedzenie z kafejki i przemyśleć swoje życie.
Panie z kafejki odgrzały mi moje vege panini i zrobiły hojny czubek z bitej śmietany na kawie. Zniknął już w windzie na trzecie piętro JW, postgrad study space. Potrzebuję paliwa do pracy. Wyszłam z domu po ósmej, wracam po dziesiątej.

B. i P. się pokłócili, zamiast wigilii u nich widzę się z każdym z osobna na trzy godziny na lunch w Brumie. Nie jestem w stanie ocenić, kto ma rację, nie chcę zresztą, pewnie nikt albo obydwoje po trochu.
Powiedziałam B., żeby postarała mniej kierować się emocjami i ochłonąć zanim wyda krzywdzący osąd.
Powiedziałam P., żeby zamiast krzyczeć i złościć się, zaopiekował się B., bo przyjaciele powinni się wspierać.

B. ma doła, bo nie może znaleźć lepszej pracy. Do takiej, jaką by chciała, nie ma doświadczenia ani kwalifikacji, do jakiejkolwiek jest overqualified. Ona, magister ,wpuszcza tępe dziunie i dresiary do solarium.
P., absolwent prawa, jest na bezrobociu.
Ja, wciąż na studiach magisterskich, toczę codzienną batalię o to, kto zmopuje podłogę w pracy.

Witamy w świecie młodych, zdolnych i wykształconych.

wtorek, 9 grudnia 2014

62. spokojni Anglicy

W pracy spokój na poziomie personalnym, zakopaliśmy topór wojenny, ustaliliśmy, że jesteśmy w jednej drużynie, J. pokazał ludzką twarz i powiedział, że jest zestresowany i popełnił kilka błędów w tym jak nas traktował, ale szczerze chce mieć nas po swojej stronie bo bez nas nie da sobie rady. R. przeprosił za nazwanie go chujem, ja za to, że z płaczem uciekłam z cash officu gdy J. podjął próbę rozmowy.
Idzie nam wyjątkowo dobrze, dziś krzyczeliśmy na siebie tylko dwa razy, z czego tylko raz na shopfloorze i zostałam pochwalona za merchandising. Jak nie zostanę tłumaczem, to zostanę merchandiserem, pomarzyć zawsze można.

Swoją drogą ja naprawdę nie wiem, kto wymyśla te bzdury o spokojnych i nieśmiałych Anglikach, chyba ludzie, którzy poza Londynem nic w Anglii nie widzieli ;)

Poza pracą mam tyle do zrobienia, że popatrzyłam na sporządzoną wcześniej listę i usiadłam z pudełkiem twigletsów przed kompem i nie wiedząc od czego zacząć, nie zrobiłam nic.

piątek, 28 listopada 2014

61. ptsd dwa lata po

Śniło mi się Valladolid. Dwa lata po tym jak wyjechałam, nadal mam koszmary o tym miejscu, budzę się przerażona i doznaję natychmiastowej ulgi, że jestem tu, w przyjemnie deszczowej Anglii, a nie w sprażonej okrutnym słońcem Hiszpanii.
Śniło mi się, że wprowadziłam się do obskurnego, zapleśniałego mieszkania w Valladolid, bo poszłam tam na uniwersytet studiować tłumaczenie techniczne. Rozmawiałam ze współlokatorką o naszych studiach, po hiszpańsku, pamiętam zdania, które mój mózg składał w poprawną całość. Nie pamiętam dlaczego poszłam tam na studia, ale czułam się nieszczęśliwa, dziewczyna z którą mieszkałam była jeszcze bardziej nieszczęśliwa i leżała na łóżku płacząc, a ja robiłam dobrą minę do złej gry i starałam się ją pocieszać, mówiąc, ze to tylko kilka lat i później będziemy znów wolne i możemy się wyprowadzić.

W Valladolid nauczyłam się być szczęśliwa. Valladolid pokazało mi, jak bardzo można czuć się nieszczęśliwym, jak straszne może być moje życie i odkąd stamtąd wyjechałam zaczęłam doceniać małe rzeczy, które dają mi szczęście oraz całą moją sytuację tak ogólnie. Nigdy przedtem nie czułam, że bycie imigrantem jest straszne, że się tęskni, że jest się wyrzutkiem społecznym, pierwszym celem i pierwszym podejrzanym. Nigdy przedtem nie czułam, że sprzedałabym duszę za pint guinnessa w przytulnym Spoonsie wśród przyjaciół, ani za niezobowiązującą konwersację z lokalsami w pracy.

Doceniam pint guinnessa w Spoonsie wśród przyjaciół.
Doceniam konwersację z miłymi starszymi paniami kupującymi karmę dla kotów w mnie w pracy.
Doceniam miasto w którym mieszkam, za jego normalność, zwyczajność i reprezentatywność.
Doceniam pogodę, która nigdy nie sprawia, że cierpię.
Doceniam dostępność wegetariańskiego jedzenia.
Doceniam moich szefów, którzy są zajebiści i w gruncie rzeczy mają wyjebane na to, skąd jestem.
Doceniam moją pracę, która jest ciekawa, różnorodna i w której czuję się potrzebna.
Doceniam lokalsów mówiących nowt i owt i mających głęboko gdzieś, że ludzie z południa dostają zawału słysząc ciężki, północy akcent.
Doceniam zieloność, brytyjską faunę i florę, omszałe kamienie, rozległe wrzosowiska, agresywne fale wściekle smagające brzegi Walii i smukłe sikorki walczące o jedzenie z puchatymi rudzikami.
Doceniam uniwersytet, gdzie wykładowcy nie wpadają w szał, bo ktoś ma kawę na biurku.
Doceniam brytyjskie jedzenie – nic nie smakuje tak dobrze jak frytki z octem jedzone rękoma po pijaku w piątkową noc.
Doceniam brytyjskie poczucie humoru, kreatywność i pomysłowość.

Kocham UK i czuję się zadowolona z mojego życia.

wtorek, 25 listopada 2014

60. porzadny emigrant

Po raz pierwszy w życiu miałam do czynienia do policją. Nie, nie zrobiłam nic złego.
W pracy podszedł do mnie jakiś pan i powiedział, że w piekarni po drugiej stronie deptaka chyba było włamanie, bo drzwi są otwarte na oścież i klapka od zamka jest otwarta, a my na pewno mamy krótkofalówkę i telefon w sklepie i musimy kogoś poinformować.
S. złapał za krótkofalówkę i zawołał city centre ambassadors, ja za telefon i zadzwoniłam na policję. Przemiła pani wypytała o szczegóły i powiedziała, że wyślą kogoś na miejsce. Przed policją zjawiła się ambasadorka, chwilę później radiowóz. Faktycznie okazało się, że było włamanie. Ambasadorka i policjanci stwierdzili, że najprawdopodobniej inside job, bo nie aktywował się żaden alarm, i ktoś miał klucz do rolety.
Tak czy owak strach trochę. Na deptaku jeszcze sporo ludzi, nie było nawet dziewiętnastej, my dosłownie naprzeciwko otwarci, Subway obok otwarty, betting shop obok otwarty, nikt nic nie zauważył poza przypadkowym, niepełnosprawnym zresztą przechodniem, gdy już było po fakcie.

Wieczorem poszłam zanieść listy do innego domu na tej samej ulicy, listonosz przypadkowo podrzucił je do nas. Miały pieczątkę HM Revenue & Customs, więc założyłam, że coś ważnego i adresat może na nie czekać.

Gdybym była w swoim kraju, to po dzisiejszym dniu mogłabym powiedzieć, że jestem porządnym obywatelem, a tak to przynajmniej jestem porządnym emigrantem!

sobota, 15 listopada 2014

59. shared house

Większość normalnych osób jak wraca urżnięta do domu w piątkową noc, to siada gdzie popadnie, kończy jeść brudnego kebaba zakupionego w podejrzanym miejscu, wypija szklankę wody, wpełza do łóżka i pomimo dokuczliwych helikopterów (u nas się mówiło samolociki) zasypia jak niemowlę.
Współlokator E., zwykle pozujacy na cynicznego twardziela, grał po pijaku na gitarze o trzeciej nad ranem i śpiewał smutne piosenki w stylu Johnny Casha. Było to nawet przyjemne, bo o dziwo szło mu nieźle i ukołysało mnie do snu, aczkolwiek jeśli wybryk powtórzy się dzisiejszej nocy to urwę mu łeb przy samej dupie, bo mam jutro na rano do pracy.

czwartek, 13 listopada 2014

58. afera o mopowanie podlogi ciag dalszy

Saga pt. nie będę mopować podłogi w pracy trwa i właśnie weszła na nowy level.
Przypadkiem wyszło na jaw, że na moich zmianach pozwalam tym osobom, co się o to kłócą, nie mopować podłogi i znajduję im inne zajęcia. Podłoga zawsze jest zmopowana, bo ci co się nie kłócą mopują razem ze mną.
Dowiedział się J.
Mam zakaz mopowania podłogi.
Inni supervisorzy mają informować J. czy mopowałam podłogę czy kazałam to zrobić pracownikom.
You're their boss! They do as you say! You need to learn that, for fuck's sake!
Wiem, że jeśli zdarzy mi się zmopować podłogę, to inni supervisorzy będą mnie kryć, ale nie o to chodzi. J. nie zależy na tym, żebyśmy na siebie donosili, czy w ogóle o to, żebym nie mopowała podłogi, tylko żebym przestała dawać sobie włazić na głowę.

W gruncie rzeczy to nie wiem co by się stało, gdybym zmopowała podłogę, i J. by się o tym dowiedział, bo nie sprecyzował.
Nie będę sprawdzać.

No, to mamy aferę wokół kawałka mokrej szmaty na kiju. Niektórzy powinni sobie znaleźć jakieś prawdziwe problemy, a nie wymyślać takie z dupy :s


wtorek, 11 listopada 2014

57. troche wiecej brytyjskiej mentalnosci

R. powiedział, że Polska jest zacofana. Byliśmy w cash officie i robiliśmy banking, gadając jak najęci (swoją drogą nie wiem jak nam się udaje niczego nie namieszać) i R. zapytał, czy w Polsce ludzie są tolerancyjni w stosunku do gejów.
Nie, nie bardzo.
Aborcja jest nielegalna.
Kościół ma bardzo mocną pozycję.
W szkołach nie uczy się o innych religiach niż katolicyzm.
Lekarz może odmówić przepisania antykoncepcji.

Dla przeciętnego Anglika to jest szokujące i chyba nie do końca zdawałam sobie sprawę, jak bardzo.

R. popatrzył skonsternowany i zapytał, skąd ja się właściwie wzięłam i jak to możliwe, że w środku Europy jest taki ciemnogród w XXI wieku, a ja jestem tak liberalna pochodząc z tak zacofanego kraju. Nakrzyczałam na niego, że Polska nie jest zacofana, tylko konserwatywna.

Doctors can refuse to prescribe contraceptives on moral or religious grounds. Boże, jak to strasznie brzmi po angielsku.

Za ciemnogród i betonowy konserwatyzm jadę po Hiszpanii, za jechanie po Polsce za to samo jadę po R. Podwójne standardy, eh?

***

J. chyba przestał mnie i R. ścigać i chyba nie tylko dlatego, że A. mu coś powiedział, tylko naprawdę. To znaczy, A. mu coś powiedział i to coś zadziałało, ale musiał powiedzieć coś w taki sposób, że nie obróciło się to przeciwko mnie ani R, wręcz przeciwnie, J. jakimś cudem nabrał do nas zaufania. Nie przestał krzyczeć, być wulgarny ani narzucać morderczego tempa pracy, ale nie kontroluje nas obsesyjnie, więc nie mam z tym problemu i pracuje się dobrze.
Można?
Można.
Chciałabym mieć takie people skills jak ma A.

czwartek, 6 listopada 2014

56. ESN i brytyjska mentalnosc

Znalazłam swoją starą kartę ESN, pocięłam na drobne kawałki i wyrzuciłam.
Pomogło?
Nie, chyba nie bardzo.
Może jeszcze kiedyś zbiorę się w sobie, żeby wrócić do Hiszpanii.
A może nie.

***

W pracy poprawa w stosunku do tego co działo się przez ostatnie kilka tygodni. A. zauważył, że J. przestał traktować nas sprawiedliwie, he is way more harsh on you and R. than on A. (chodzi o innego A.) i powiedział, że trzeba ogarnąć sytuację zanim dojdzie do eskalacji, rozłamu w grupie albo otwartego konfliktu.
Póki co wydaje się być lepiej.
Swoją drogą ciekawa jest mentalność Brytyjczyków, A. nie przeszkadzało to, że J. ściga nas za coś, czego nawet nie zrobiliśmy, krzyczy, jest wulgarny, ciągle nas sprawdza i jesteśmy przerażeni jak mamy z nim zmianę; A. przeszkadzało, że nie ściga nas wszystkich po równo.
Wygląda na to, że teraz zacznie.

środa, 29 października 2014

55. niezdary

Spadłam wczoraj ze schodów. Z samej góry widowiskowo zjechałam na dupsku zatrzymując się na drzwiach. Wczoraj do wieczora nic mnie nie bolało poza obtartą skórą. Dziś piję herbatę przez słomkę bo nie jestem w stanie odchylić głowy. Wszystko sprawia mi ból, przełykanie jedzenia, ziewanie rozrywa mi szczękę, kichnięcie jest wiązką dynamitu rozsadzającą żebra od środka. E. wysyła mi śmieszne obrazki, a ja zwijam się z bólu próbując się nie śmiać.
E. poradziła mi, żebym znalazła jakieś miękkie miejsce i usiadła tam bez ruchu zanim zrobię sobie jeszcze większą krzywdę. E chodzi teraz o kulach bo poślizgnęła się na jeziorku alcopopsów w najbardziej meliniastym klubie w mieście i zepsuła sobie kostkę, więc rozumie mój ból.

niedziela, 26 października 2014

54. sweatshops

Zaczęła się jesień, sezon na pachnące świeczki, szeleszczące pod nogami liście, kraciaste szaliki i wyświechtane martensy, pumpkin spice latte ze Starbucksa i czytanie książek pod kocem. Lubię jesień, pomimo, że wraz z końcem lata kończy się dla mnie sezon na podróże.
Nie, podróże, to za dużo powiedziane, ze mnie podróżniczka jak z koziej dupy wiadomo co, ja latem robię day trips. Objechałam w te lato pół Yorkshire, odwiedziłam mnóstwo ciekawych muzeów i weszłam na kilka górek w Peak District, jadłam tradycyjne bakewell puddings w Bakewell i wspinałam się w parku linowym w Buxton, zobaczyłam osławione Skeggy (nie polecam), chodziłam wiktoriańskimi ulicami w muzeum w Yorku i w Leeds, byłam w Abbeydale Industrial Hamlet w Sheffield z E.

Abbeydale Industrial Hamlet
Patrząc na ogromny silnik napędzany wodą, od którego ludzie przy nim pracujący głuchli, zapytałam E., o kim będą się uczyć nasze prawnuki w muzeach, i czy myśli, że za sto lat sweatshops to będziemy my. E. zaśmiała się, ale po chwili powiedziała, że tak, praca jak nasza będzie w muzeach. Warunki jakie mamy będą się kiedyś wydawać nieludzkie, tak jak nam wydają się nieludzkie fabryki z czasów wiktoriańskich. Jakby powiedzieli zwolennicy betonowej prawicy, Britain used to be a nation of shopkeepers, now it's merely a nation of checkout operators.

Ja lubię swoją pracę i myślę, że mam dużo szczęścia, że jestem, gdzie jestem.

Mentalnie przygotowuję się na Londyn. Przeprowadziłam się do innego kraju, dwukrotnie, a sram żarem na myśl o Londynie, do którego przeprowadzamy się dopiero za rok.

środa, 24 września 2014

53. zapiernicz w pracy

Dzisiaj, praca.

Dzwoni kasjer i chce drobne. Przynoszę drobne.
Head office wysłało maila, że jest recall. Szukam produktu.
Dzwoni kasjer, chce voida. Robię voida, notuję sytuację w rejestrze.
Dzwoni inny kasjer, chce drobne. Przynoszę drobne.
Skanuję produkt na recall, drukuję manifest, obklejam karton.
Przyjeżdża spóźniona dostawa, oddaję kierowcy przygotowany karton.
Head office wysyła maila, iż zmienia decyzję z recall na destruction notice.
Gonię za kierowcą przez pawilon, odzyskuję karton.
Head office wysyła maila, że trzeba zdjąć nieaktualny POS, niezdjęcie grozi disciplinary action. Szukam POSa.
Dostaję więcej CV, przeglądam, dzwonię, żeby zaprosić na rozmowę.
Nie mam w mailu template zaproszenia na rozmowę kwalifikacyjną, R. dzwoni do innego sklepu z prośbą o template.
Dzwoni kasjer, klient chce zwrócić produkt. Robię refund ale nie wiem, co napisać w rejestrze, bo klient nie mówi po angielsku. Piszę customer changed her mind.
Head office wysyła maila, że z powrotem zmienia decyzję z destruction notice na recall.
A. wysyła smsa, że mamy wysłać M. do domu i zakazać wracać bez doctor's note. Wysyłamy M do domu.
A. wysyła smsa, że od następnego tygodnia rolę M. przejmuje K. Idziemy do K., mówimy, żeby przyszedł do biura za dziesięć minut bo musimy porozmawiać. K. robi się zielony ze stresu, mówię, że mamy dobre wiadomości i uciekam do magazynu.
Wysyłam więcej maili w sprawie rozmowy kwalifikacyjnej. Świadomość, że to ja je będę przeprowadzała zaciska mi lodową pięść wokół gardła.
A. wysyła smsa, że mamy znaleźć ludzi na dziesięć dodatkowych zmian w tym tygodniu.
Stres, stres, stres.
Przychodzi R. i mówi, że jak się rozkleję, to mi przyłoży w twarz.
A. wysyła smsa, że mamy poinformować M., że zostaje na stałe przeniesiony na kasy. Środek ostateczny, najgorsza kara stosowana w niereformowalnych przypadkach. Kłócę się z R., kto ma do niego zadzwonić. Poddaję się i dzwonię.
Biegam po shopfloorze próbując namówić pracowników na dodatkowe zmiany. Dzwonię. Mam trzy osoby.
Head office wysyła maila, że jest kolejny recall.
Dziewczyna z agencji ma atak paniki, siedzi i ryczy.
Przychodzi K., siadamy, tłumaczymy co będzie robił w nowej roli, K. mówi, że to zbyt fajne, żeby było prawdziwe. Pokazuję smsy od A. K. jest zestresowany, my też. Zgadza się.
Muszę zdjąć i policzyć kasę R.
Dzwonię dalej, mam osiem osób na dodatkowe zmiany.
Przychodzi twilight, robię daily huddle. Jesteśmy dopiero w połowie zmiany.

***

Każdy ma jakieś wyobrażenie siebie, które jest raczej stałe i którego mamy świadomość, wiemy jak wyglądamy i jacy jesteśmy, jakie mamy cechy charakteru, jakie mamy wady i zalety. Każdy ma taki moment, gdzie nagle te wyobrażenie zostaje brutalnie roztrzaskane.
Ja zawsze widzę w sobie silną kobietę, wyprostowaną, i z uniesioną odważnie głową, wysoką i słusznej budowy, z umięśnionymi ramionami, szerokimi jak na płeć piękną barkami, czasem nawet odrobinę za dużą, za niezgrabną.
Dziś w odbiciu w szybie zobaczyłam małą dziewczynkę ogarniającą wielki burdel.

No, to mam kierownicze stanowisko.

sobota, 13 września 2014

52. nieogar

Poszłam po pracy na uniwersytet, skorzystać z drukarki. IC nadal pachnie przyjemnie, mieszanką kawy, czystości i czegoś jeszcze, czego nie jestem w stanie zidentyfikować. Nie byłam w IC od kilku miesięcy. Zeskanowałam kartę, przeszłam przez bramkę i zaatakowały mnie tysiące myśli które dotychczas od siebie odpychałam, oblepiły mnie całą, łaskotały w palce wklepujące hasło do komputera, usiadły na karku i lizały po uszach gdy pochylałam się nad drukarką, przez nos wpychały się do płuc wraz z zapachem IC.
Czy ja już się poddałam? Czy mam jakiekolwiek szanse na bycie tłumaczem? Czy jestem na tyle dobra, by być tłumaczem? Czy zmarnowałam ostatnie pięć lat studiów? Czy to definitywnie mój ostatni rok na uniwersytecie? Co ja robię ze swoim życiem?
Czy ja tak właściwie to ja w ogóle chcę być tłumaczem?

***

Zastępca managera ze sklepu na high streecie ukradł nam dziś rolkę shrink wrapu. Shrink wrap to taka wzmocniona folia jak do kanapek, którą owija się palety. Przyłapaliśmy go jak wychodził, R. chciał rolkę z powrotem, C. powiedział, że przecież mamy jeszcze dwie, a ja tylko machnęłam ręką i powiedziałam, że może ją wziąć, bo nasz manager ostatnio ukradł jedną z jeszcze innego sklepu.
A tak poza tym, to doszliśmy do wniosku, że ja będę pierwszą osobą, która przejdzie załamanie nerwowe w trakcie Świąt.
Just don't do E., she locked herself in the cash office, sat down on the floor and cried.

***

Dokładnie za 47 godzin mam lot do Polski, dopiero dziś wydrukowałam kartę pokładową, nie mam biletów na pociąg, nie jestem spakowana, nie mam połowy zaplanowanych prezentów dla mamy i przyjaciółek, nie wiem jaka jest pogoda, nie pamiętam ile mogę zabrać bagażu, nie wiem, gdzie są moje złotówki i nie wiem ile mam pieniędzy na polskim koncie. Mam jeszcze w planie pieczenie ciasteczek, przepis dostałam od lekko wstawionej dziewczyny na imprezie tydzień temu, gdzie sama też najtrzeźwiejsza nie byłam. Poziom mojego nieogarnięcia zawsze zbliża się do maksimum przed lotem do Polski, a jutro jeszcze idę do pracy na cały dzień.
Typical.

sobota, 6 września 2014

51. smutno

W pracy nie noszę telefonu ze sobą i sprawdzam go tylko raz na przerwie, bo boję się, że będzie tam coś niepokojącego, strasznego lub nadmiernie ekscytującego, co wytrąci mnie z równowagi.
I dobrze.
Wychodząc dziś z pracy, odczytałam smsa od mamy. Jak zawsze lakoniczna i rzeczowa, napisała mi, że F. powiesił się nad Tamizą. Tyle. Zadzwoniłam.

- przecież on miał tylu przyjaciół, nie mogę uwierzyć, że nikt mu nie mógł pomóc, nikt go nie mógł wyciągnąć z problemów
- może to, w cokolwiek zabrnął, było zbyt głębokie, żeby dało się go wyciągnąć


Siedziałam z F. w jednej ławce w podstawówce. Taki typ kumpla luzaka. Później podobno wyjechał do Anglii i wdał się w jakieś narkotyki, przestępczość, gangi czy coś, nikt dokładnie nie wie, ostatecznie zniknął i wysłał do rodziny list, mówiąc, że jeśli chcą go zobaczyć, to mają przyjechać do Anglii, bo on do Polski nie wróci. A teraz nie żyje.

Nie wiem co o tym myslec.

niedziela, 24 sierpnia 2014

50. sweet dreams

Śnią mi się straszne i dziwne rzeczy. Najpierw, że moja mama miała raka i lekarze powiedzieli jej, że zostało jej kilka tygodni życia, później zgubiłam się na lotnisku w Madrycie i spóźniłam na lot, a później byłam w więzieniu i musiałam policzyć do dziesięciu w jakimś nieznanym mi języku; ładna młoda dziewczyna próbowała mnie nauczyć, ale mówiła bardzo szybko i zanim załapałam, przyszedł strażnik więzienny z pejczem, powiedział, że jestem wyjątkowo tępa skoro nie potrafię jeszcze liczyć i zostaję skazana na karę chłosty. Obudziłam się, gdy przystawiał mi pejcz do twarzy, żebym z bliska zobaczyła jak grube są rzemyki.
Śniło mi się, że robiłam banking z R i zapomniałam, jak się mówi po angielsku. Czułam się zdezorientowana i przerażona, R mówił co mam zapisywać, a ja nawet nie mogłam powiedzieć, że nie rozumiem. Śniło mi się, że w cash officie siedział wielki pająk, a ja uciekłam zostawiając otwarty sejf i drzwi, za co dostałam disciplinary; snu tak realistycznego nie miałam od miesięcy. Śniło mi się, że padał deszcz, a ja siedziałam na stacji kolejowej w Ynyslas i jadłam churros. W Ynyslas nie ma żadnej stacji kolejowej, a prawdopodobieństwo, że zje się churros w Walii jest takie, jak prawdopodobieństwo, że zje się bigos na Majorce.

Mój mózg nocą zamiast odpoczywać, zlepia strzępki myśli w dziwne scenariusze.

***

The Krewmen - Sweet Dreams

Every night, while I'm laying in bed
He craves for my soul jumping into my head
He walks in my dreams and he tortures my brain
He makes me believe that i΄m going insane

czwartek, 14 sierpnia 2014

49. pijany post

Wróciłam do domu, jestem trochę pijana, jem frytki z serem i robię tłumaczenie.
Piłam z Hindusem inżynierem i brytyjskim anarchistą pracującym dla rządu.
Mnie opisali jako socjalistę-lewaka na kierowniczym stanowisku.

Mam kryzys zawodowo-egzystancjonalny (jak na trzeźwo przeczytam ten post to okaże się, czy chociaż dobrze przeliterowała,m). Mam wątpliwości czy chcę być tłumaczem, z tego prostego powodu, ze tłumaczenie jest nudne. Nie, zalegnięcie na kanapie z laptopem na cały dzień chyba nie jest dla mnie. Nawet gdyby mi za to płacili, bo można mieć płacone za ciekawsze rzeczy.

środa, 13 sierpnia 2014

48. the general public

W ciągu całego swojego życia pamiętam jedną sytuację, gdzie byłam prawdziwie niemiła wobec osoby pracującej w sklepie, a i do tego zostałam bezczelnie sprowokowana.

To było w Hiszpanii. C. wyczaiła sklep z kosmetykami, w którym sprzedawano pudry w naszym odcieniu i nie był to horrendalnie drogi Corte Ingles. Piszę naszym odcieniu, ponieważ C. jest rudą Walijką z porcelanową karnacją, a ja mam po prostu bardzo jasną skórę.
Sklep działa jak polski Inglot: pokazuje się pani, co się chce, pani otwiera jedną z miliona szuflad za ladą i wyciąga produkt. Ku mojemu zaskoczeniu, pani zamiast otworzyć jedną z miliona szuflad i wyciągnąć mój puder, popatrzyła na mnie i powiedziała: ale ty jesteś bardzo blada, potrzebujesz ciemniejszego pudru. Grzecznie podziękowałam i powiedziałam, że wolę jednak ten, który ma kolor taki jak moja skóra. Pani nalegała: to może chociaż róż? Grzecznie podziękowałam po raz drugi. Pani nie chciała ustąpić: to może bronzer? Grzecznie podziękowałam po raz trzeci i wtedy pani powiedziała coś co ścięło mnie z nóg: ale kup ten ciemniejszy odcień bo jesteś tak blada, że wyglądasz na chorą.
Nie wytrzymałam: a ty tak umalowana, że wyglądasz na clowna.

Jestem bardzo emocjonalna, impulsywna i szczera, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to był jedyny razy kiedy pojechałam po pracowniku sklepu.

Ja jestem po drugiej stronie barykady i to po mnie się jedzie. Mam do opowiedzenia historie, w które nie uwierzyłby nikt, kto nie ma codziennego kontaktu z szerszą publicznością. Kiedyś rozmawiałam o tym z R., R. tylko się uśmiechnął i powiedział cicho: you haven't seen anything yet.

Nadal przechodzą mnie ciary, gdy o tym myślę.

niedziela, 20 lipca 2014

47. ja, seksistka

Pod koniec zmiany w pracy supervisor rozdziela zadania typu kto co ogarnia w tym całym bajzlu. Trochę się bałam, że ktoś pomyśli, że jestem hardlinerową feministką nienawidzącą mężczyzn, bo faceci na mojej zmianie dostają magazyn, czyli ciężką i brudną fizyczną robotę, a kobiety dostają lżejsze prace jak zamiatanie i mopowanie podłogi.
Nikt nic nie mówił, myślałam, że jest ok. Dziś S. podeszła do mnie i powiedziała, że to co robię to seksizm i umacnianie negatywnych stereotypów płciowych, bo na moich zmianach mężczyźni nigdy nie muszą mopować podłogi. J. poparła jej zdanie.
Szok. A. powiedział, że upewni się, że jutro dziewczyny dostają magazyn.

Zaczynam rozumieć dlaczego J. ciągle na mnie krzyczy, że mam być twarda bo mi wszyscy wejdą na głowę.

Jutro zaczyna mi się urlop. W planach York, Brum, Leeds i inne miejsca.
Potrzebuję bardzo.

sobota, 19 lipca 2014

46. you will be hanged by the neck until you are dead

Wczoraj, 0930
The next train to arrive at platform four is the nine forty one train for Skegness. This is a platform alteration. Platform four for Skegness.

Zapowiadali gorąco, blisko trzydziestu stopni i słońce. Ja tymczasem stoję na peronie czwartym w Grantham w swoich najbardziej letnich ubraniach i trzęsę się z zimna, na odsłonięte nogi i ramiona zaczyna padać deszcz. Jadę na jeden dzień nad morze, do osławionego Skegness i wygląda na to, że dziś Matka Natura pokazuje mi środkowy palec. A właściwie dwa palce, po angielsku.

Wczoraj, 1350
The next stop is Nottingham, Nottingham next stop.
Po bardzo mokrej i bardzo zimnej godzinie w Skegness złapałam pociąg do Nottingham, mam otwarty bilet typu anytime any route permitted więc postanowiłam wykorzystać dzień. Zaczęło się ocieplać i przejaśniać, a ja googluje muzea i atrakcje turystyczne w Nottingham.

Wczoraj, 1505
Follow me to the court room please!
Wygooglałam Galleries of Justice jako muzeum w centrum miasta i blisko stacji kolejowej. Na zewnątrz już jest bardzo gorąco, duszno i wilgotno a słońce praży niemiłosiernie i cieszę się, że mam na sobie swoje najbardziej letnie ubrania. Podążamy za przewodnikiem do sali sądowej z epoki wiktoriańskiej. Jej atmosfera miażdży, przygniata, momentalnie ucisza grupę turystów i mam wrażenie, że słoneczne Nottingham znajduje się w jakiejś innej czasoprzestrzeni, a nie tuż za drzwiami. Zimny dreszcz stawia mi włosy na karku, gdy siadam w skrzypiącej ławie. Ile osób szło tym samym korytarzem, dotykało tego samego ciężkiego, dębowego drewna, by później dowiedzieć się, że czeka ich kara śmierci?
Eerie, creepy, overwhelming, powerful. Brakuje mi odpowiednich słów w moim ojczystym języku, by opisać całość doświadczenia.
Muzeum Galleries of Justice rozwaliło mnie na drobne kawałeczki. Polecam.

***

W przyszłym tygodniu mam urlop, ale R. męczył mnie, żebym w środę przyszła do pracy na jeden dzień, a ja potrzebuję kasy żeby więcej sobie popodróżować, więc mamy win-win situation. Każdy dzień zaplanowany, na większość już mam kupione bilety. Yay :)

sobota, 12 lipca 2014

45. multi kulti

Mam sąsiadów z Pakistanu. Ich yard przylega do naszego i oddzielony jest lichym płotkiem z desek, z naszej kuchni widać ich kuchnię, pokój dzieci jest za ścianą od mojego (mieszkam w typowym angielskim terraced house, czyli zabudowie szeregowej).
Trwa ramadan. W samym środku nocy, gdy zmęczona idę spać, sąsiedzi zaczynają gotować i jeść. Zapraszają rodzinę, wszyscy z małymi dziećmi, otwierają drzwi od kuchni i o pierwszej w nocy muszę usypiać się muzyką, wpychając słuchawki w uszy, żeby zagłuszyć szczęk garów, wrzask szóstki dzieci i odgłosy uczty na yardzie.
Argh.

***

Can I force you to take holidays?
Jeszcze tydzień. Planuję i jaram się jak stolica po marszu narodowców!

piątek, 4 lipca 2014

44. trzy zdania

Strawberries! British strawberries for a pound!
Wpierdalam tyle truskawek, że pan ze straganu z owocami mnie już rozpoznaje. Stragan ustawiony jest naprzeciwko mojej pracy, wśród innych straganów, na ławkach wokół siedzą ludzie i cieszą się słońcem, jedząc owoce i słodycze. Uwielbiam te ulotne chwile, gdy wśród zgiełku angielskiego deptaka podpatruję życie miasta, gdzie ocierają się o siebie kultury, zwyczaje i tradycje; high street jest tyglem, gdzie jest wszystko co złe i wszystko co dobre naraz.

***

I would feel comfortable if I had to walk out of work now and leave you in charge of the store.
Na początku mojego szkolenia J. krzyczał, że trzeba mnie wrzucić na głęboką wodę, bo tak się najlepiej szkoli pracowników. O dziwo, jemu samemu wrzucanie mnie na głęboką wodę szło bardzo średnio, a przodował w tym R., który, z ciepłym uśmiechem na ustach, inicjował wszystkie przerażające dla nowicjusza rzeczy, takie jak pierwsze przejęcie sejfu, pierwsze samodzielne zmiany i pierwsze samodzielne odbieranie dostawy. R. ma coś, co Brytyjczycy nazywają people skills. Nigdy nie widziałam R. zdenerwowanego, nigdy nie słyszałam, żeby podniósł głos, nigdy nie słyszałam, żeby kogoś krytykował. Nigdy nie widziałam, żeby ktokolwiek się R. sprzeciwił lub odmówił zrobienia czegokolwiek. R. prowadzi poważne rozmowy w taki sposób, że delikwent sam zdaje sobie sprawę z tego, co zrobił źle, przeprasza i obiecuje poprawę. Ja też.
Wczoraj R. powiedział, że się sprawdziłam i moje szkolenie niedługo dobiegnie końca.

***

We'll need to sit down for a couple of hours next week and have a chat about a few things.
Zapytałam, czy to będzie straszne. A. roześmiał się i powiedział, że nie, ale mnie niewidzialna ręka ściska za gardło, gdy o tym myślę.
Boję się nastepnego tygodnia.

środa, 2 lipca 2014

43. przestan sie mazgaic!

Pierwsze moje otwarcie pracy, urgh.
Jedną z dostaw przywozi polski kierowca. Jest miły, uśmiechnięty, ma tatuaże, które mam ochotę polizać i w ogóle nie wygląda na Polaka. Dziś zaiwanił wózek z pobliskiego Icelanda, żeby zaoszczędzić na czasie. Przerażona powiedziałam, że będę mieć problemy jak ktoś nas przyłapie na nieautoryzowanym pożyczaniu wózków.
Riposta kierowcy? Przestań się mazgaić, nic ci nie będzie.
No, łatwo mu mówić, to nie on musiał cichaczem odstawiać wózek na miejsce, a później zwiewać mając nadzieję, że nie wpadnę po drodze na pracowników Icelanda :f

***

Gdzieś czytałam, że afera bo w pracy w Anglii zabroniono Polakom mówić po polsku. Pierwsza reakcja – krew się we mnie zagotowała! No bo jak to, Polacy nie gęsi, mowa ojczysta i te klimaty, ja bym się zbuntowała przeciwko szefowi-tyranowi, trajkotała po polsku ile wlezie, bo dyskryminować się nie dam, a co!
Im więcej czasu upływa, tym bardziej myślę, że ten zakład pracy miał rację. Jechałam ostatnio taksówką, brodaty Pakistańczyk nadawał coś do radio w punjabi lub innym języku, którego nie rozumiałam, co rusz wybuchając rubasznym śmiechem, z drugiej strony linii otrzymywał głośne okrzyki aprobaty i wesołości.
Może rozmawiali o prognozie pogody lub najnowszej grze na PS3.
Może rozmawiali o mnie.
Czułam się koszmarnie nieswojo.

wtorek, 1 lipca 2014

42. przeprowadzka

Przeprowadziłam się. Dom jest ocieplony, zadbany, ogrzany, świeżo wyremontowany, w podejrzanie tani czynsz wliczone jest wszystko począwszy od gazu, poprzez council tax, na licencji telewizyjnej skończywszy, wraz z umową dostałam kopie certyfikatów bezpieczeństwa instalacji elektrycznych, alarmów przeciwpożarowych i innych takich. Viewing robił jeden z lokatorów, więc mogłam zadawać niewygodne pytania ile wlezie. Przez ostatnie trzy dni chodziłam i szukałam gdzie jest haczyk.



No i znalazłam.
Po drugiej stronie drogi jest mały Pakistan, mało kto na ulicy mówi po angielsku, w oknach wiszą plakaty z napisem Ramadan Mubarak, a wieczorami do pobliskiego Tesco Express ciągną miejscowi żule po tani cydr, znacząc trasę rzygiem, moczem i rozlanym alkoholem.
Rough as fuck.

***

Właśnie zadzwonił R. zapytać czy wszystko ok i czy czuję się pewnie co do jutrzejszego otwierania sklepu, bo pierwszy raz jestem sama. Aww, ludzie w mojej pracy są przemili :)

niedziela, 29 czerwca 2014

41. you piece of sh*t!

O tym, że zostanę supervisorem pierwszy dowiedział się J. Bałam się reakcji wszystkich, ale najbardziej reszty kierownictwa, bo wiedziałam, że to na nich spocznie obowiązek szkolenia mnie i jeśli będą mi niechętni, to będzie ciężko.
A. powiedział J. i następnego dnia J. wykorzystał chwilę, żeby ze mną porozmawiać na osobności. It's easy! Easy peasy! You will find it easy! krzyczał zachrypniętym głosem za zamkniętymi drzwiami biura, a inni pracownicy próbowali dyskretnie zapuścić żurawia przez szybę, myśląc, że właśnie dostaję opierdol swojego życia. J. powiedział, że będę świetnym supervisorem, ale mam nie dać wejść sobie na głowę, bo jak będę zbyt miła, to wszyscy będą mnie mieć w dupie. Uśmiechnęłam się, ale J. zaczął krzyczeć, że mówi poważnie i że mam słuchać tego co mi radzi zanim będę żałowała.

Chyba dałam sobie wejść na głowę.
O ile coraz lepiej radzę sobie z organizowaniem pracy i kontrolą nad grupą, o tyle w strefie interpersonalnej jestem tak nieudolna jak byłam. Dziś szło nieźle, do momentu aż pracownicy zaczęli wyzywać się od skurwysynów. Poszło o głupotę, A. niechcący nadepnął S. na stopę. Jak poprosiłam o przestanie to i mnie się oberwało rykoszetem, A. (inny A., szef) siedział w biurze i słuchał jak nie radzę sobie z sytuacją, a S. nadal obrzucala wszystkich obelgami, więc bezsilnie wyszłam z magazynu. Po krótkiej wymianie inwektyw sytuacja uspokoiła się sama i ekipa wróciła do pracy, ale ja przegrałam.

czwartek, 26 czerwca 2014

40. szkolenie po angielsku

Powiedziałam ostatnio R., że czuję się niepewnie co do odbierania głównej dostawy, bo nigdy tego sama nie robiłam, nie wiem jak wypełnić dokumentację, która pieczęć jest otwierająca, która zamykająca, które papiery oddaje się kierowcy, a moje parkowanie palet woła o pomstę do nieba (plus zawsze boję się, że spadnę z rampy dostawczej, ale tego już nie powiedziałam, żeby nie robić z siebie ofiary). R. powiedział, żebym się nie martwiła, bo dostawę zwykle wciąga do sklepu P., ale przyznał, że każdy supervisor powinien to ogarniać, bo może się zdarzyć, że będę musiała się tym zająć.

W poniedziałek miałam na rano, dostawa przyszła zanim P. zaczął swoją zmianę, R. dyskretnie ulotnił się na shopfloor uprzednio wyłączając mikrofon, żebym nie mogła go zawołać, zapomniało mu się też wziąć telefonu, żebym nie mogła zadzwonić na wewnętrzny.
Poradziłam sobie.
R. wrócił jak palety stały równiutko zaparkowane, po kierowcy nie było już śladu, wypełniona dokumentacja leżała na biurku, a ja siedziałam przy komputerze i robiłam zamówienie.

Zazdroszczę Brytyjczykom ich spokoju, opanowania, cierpliwości, dyskrecji, optymizmu i podejścia do ludzi.

***

Śmiałam się z J., że mu się śni merchandising. J. jest obsesyjnie pedantyczny, a jego mottem w pracy jest for fuck's sake, you have to do things properly!, wypowiedziane podniesionym, zachrypniętym głosem. Mi się do niedawna śniły zombie, kosmici i bycie w miejscach publicznych w mojej najbardziej obciachowej piżamie.
Teraz mi się śni merchandising i to nie jest wcale, ale to wcale śmieszne.

sobota, 7 czerwca 2014

39. kłamczucha

Praca, z dzisiaj.
Tradycyjny piątkowy chaos, klient potłukł butelkę syropu na kaszel i pół sklepu jedzie lukrecją, zepsuła się zgniatarka, wszędzie leżą porozwalane kartony, nie można swobodnie przejść. R. stoi koło wielkiej góry pudeł z homewares, takiej naprawdę przeogromnej, będą ze dwie palety, patrzy krytycznie na dostawę, na mnie, i pyta czy ja to wszystko zamówiłam.
Ups. No zamówiłam, R. (inny R.) powiedział, że coś duży mi ten order wyszedł, ale ja się uparłam, że tyle towaru jest potrzebne na homewares i tyle ma być.
Uhm, no, not all of it, I did order some, but it's mostly allocations.
Allocations, czyli że samo się zamówiło. R. mówi, że jeśli faktycznie tyle towaru jest potrzebne, to nie ma problemu, spogląda z powątpiewaniem na piętrzące się pudła, a ja uciekam na shopfloor zanim ktoś zada mi więcej niewygodnych pytań.

Kilka godzin później, sekcja wygląda o niebo lepiej, jakimś cudem wyładowałam wszystko, co zamówiłam i przyznałam się do zamówienia tylu w chuj rzeczy. Szeroki uśmiech R. zdradza, że i tak wiedział, i że mamy win-win situation.

***

Trwa cicha wojna o moją sekcję. Napisałabym moją byłą sekcję, ale póki co nie zanosi się na to, że w najbliższym czasie ktokolwiek inny ją dostanie.
Nikt nie chce robić homewares i wszyscy zgodnie określają tę sekcję jako najgorszą ze wszystkich, co jest dla mnie niezrozumiałe, bo ja łaziłam za A. i pytałam, czy będę mogła robić homewares na stałe, a A. dyplomatycznie odpowiadał, że zobaczymy, ale ja z perspektywy czasu wiem, że decyzja zapadła dawno przed zobaczymy.

Ciekawe jakie decyzje już zapadły, a ja jeszcze o nich nie wiem.

środa, 4 czerwca 2014

38. Dwie strony Anglii

Sobota, praca.
Mam do zrobienia cały front i dwie inne sekcje, w magazynie jest armageddon, jest przeokropnie busy, ledwo można się przecisnąć przez dzikie tłumy ludzi, ciągle ktoś pochodzi i coś ode mnie chce, dzwonią kasjerzy i muszę biec do kas, mam do zrobienia daily stocktake, ktoś nie opróżnił zgniatarki do kartonu, wszędzie leżą wywrócone palety i musimy posprzątać dolny magazyn bo jutro przychodzi wielka dostawa. Upuściłam na siebie pudło wybielacza, prawe przedramię posiniało, spuchło i wygląda, jakby było brudne, ale cały czas pulsuje piekącym bólem, jestem na siebie zła, bo nie przestrzegałam zasad poprawnego manual handling i zrobiłam sobie krzywdę. Jest gorąco i chce mi się płakać.
Podchodzi R., podaje mi klucz do cash office i mówi: you're in charge today.
Zaczynam tłumaczyć ile mam do zrobienia, i że to niemożliwe, żebym jeszcze miała kasy, po prostu nie ma takiej opcji, no patrz ile dostawy się tam piętrzy, nie dam rady. R. patrzy na mnie, bez słowa słucha mojej litanii i uśmiecha się przyjaźnie, nadal nic nie mówiąc i wiem, że w tym momencie powinnam przestać. Opuszczam głowę, biorę klucz i mówię: yeah, okay, R. uśmiecha się jeszcze szerzej i odchodzi.

To jest ta Anglia, której nie rozumiem w pełni, i która czasem mnie przeraża, ta Anglia, gdzie nie zawsze wiem, co się dzieje i gdzie czuję się bezradna, gdzie decyzje podejmują się same.

***

Poszłam wczoraj na piwo z A., w pierwszym pubie jaki zaliczyliśmy było pusto, i barman wyciągnął takie śmieszne, małe szklaneczki i nalewał do nich różnych lokalnych lagers, ales, apas i stouts, żebyśmy mogli spróbować każdego i zdecydować, co chcemy pić. Opowiadał o przemyśle piwa regionalnego, i o tym jak zmieniał się w ciągu ostatniej dekady w różnych częściach świata, a my smakowaliśmy przeróżnych trunków i słuchaliśmy z ciekawością. Dałam się przekonać do wyjścia poza strefę piwnego komfortu i zdecydowałam się na czarny niczym smoła, lokalny stout.

To jest ta Anglia, w której zakochałam się jako nastolatka, i która nadal pozostaje w jakiś sposób magiczna, która chętnie odkrywa przede mną swoje tajemnice i fascynuje.

***

Jestem dziś tak skacowana, że zjadłam całą pizzę na kolację i zagryzam czekoladą.
Jutro idę oglądać pokój, za trzy tygodnie się przeprowadzam i nie wiem jeszcze dokąd.
Zobowiązałam się do przygotowania jakiejś konferencji na uniwersytecie i nie wiem co mam zrobić ani na kiedy.
Moje życie jest w chaosie.

niedziela, 1 czerwca 2014

37. modelki w fabryce

J. mówi, że kobiety z Europy wschodniej są bardzo piękne, jakby zeszły wprost z wybiegu dla modelek, ale raczej nieufne, nieśmiałe i niechętnie się integrują, chociaż może wynika to z tego, że u J. w pracy dużo osób nie mówi po angielsku i każda grupa ma supervisora swojej narodowości, który komunikuje się z przełożonymi.
J. mówi, że Polki, Litwinki i Czeszki przychodzą do pracy w fabryce na wysokich obcasach i w mini, zawsze pięknie umalowane i z ułożonymi włosami. Na przerwie poprawiają makijaż, przebierają się i dopiero później przychodzą do fabrycznej kantyny zjeść lunch, ze świeżą szminką na ustach i pachnące perfumami.
J. nie wie, jaką presję na wygląd mają kobiety z Europy wschodniej (początkowo napisałam 'ludzie', ale to nie jest prawda, o ile na zachodzie Europy presja na wygląd rozkłada się mniej więcej po równo, o tyle po drugiej stronie kontynentu dotyczy niemal tylko płci pięknej) i jak bardzo krytycznie ocenia się kobiety, które od ideału odstają, czyli wszystkie. Nie powiedziałam J., że najsurowszymi sędziami kobiet są inne kobiety, bo to przykre.

Konkluzja? Brak. Właśnie zajadam się makaronem pesto i z pieczoną papryką, który na pewno ma z milion kalorii i na pewno mnie przytyje. Po pięciu latach za granicą dość łatwo przychodzi mi powiedzenie innym ludziom 'mam wyjebane co o mnie myślisz'.

***

R. powiedział, że tak na dobrą sprawę to supervisor u nas ma więcej płacone nie za większą odpowiedzialność i zakres obowiązków, tylko jako rekompensatę za stres.
Już rozumiem, co miał na myśli.

So wake me up when it's all over, when I'm wiser and I'm older...

wtorek, 20 maja 2014

36. dobrze - niedobrze

A. to the office!

Trzy słowa zdolne przyprawić każdego zatrudnionego w retailu o zawał. Trzy słowa, które sprawiają, że dusza ulatuje z ciała, usadawia się na ramieniu delikwenta i oczekuje na spektakl. Można je odpicować i dodać: customer service call, albo this is a staff announcement, ale ja mieszkam w Yorkshire i ludzie są zbyt bezpośredni, żeby bawić się w zgrabne wyrażenia, więc jest tylko A. to the office!

Wiem, że wiadomości dla mnie są dobre, ale idę z sercem walącym niczym młot. Jeszcze nikt nie wie, nikt poza J., więc wszyscy spoglądają na mnie podejrzliwie. R. rzuca zaciekawione, Oh, someone is in trouble?, M. i .A starają się nie gapić, ale czuję na sobie ich wzrok, gdy znikam za drzwiami magazynu.
Wchodzę do biura, A. wita mnie uśmiechnięty i potwierdza, że wiadomości są wyłącznie dobre.
T. dał mi zielone światło, od następnego tygodnia zaczynam szkolenie na supervisora.

Rozmawiałam dziś z tatą przez telefon. Pytał czemu sobie nie znajdę innej pracy, najlepiej w innym kraju, bo on nienawidzi Anglii i Anglików. Powiedziałam, że mam jeszcze ponad rok studiów.
No dobra, niech ci będzie.

Po kilkudniowym wahaniu, powiedziałam mamie, że zostaję supervisorem. Zareagowała mieszanką złości i kpiny.
A to co ciebie tam tak nagle lubią? Ale ty dasz sobie ze wszystkim radę? Będziesz miała odpowiedzialność dużą, poradzisz sobie? Oho, to teraz wielka pani kierownik będziesz. Sprawiasz, że czuję się winna, że nie mogę cię utrzymać.

Tacie już nie powiedziałam nic, nie ma sensu.

sobota, 10 maja 2014

35 współlokatorzy, Polonia, tłumaczenie i praca

- there's loads of Polish shops and restaurants in this town, there must be a lot of Polish people over here. How come I haven't met any yet?
- intellectual mismatch. Polish people are meant to build houses, not go to university


M. po raz kolejny mi dojebał. Za karę schowałam mu kartę uniwersytecką. W akcie desperacji szukał jej nawet w lodówce.

Współlokatorowi J. z kolei włączył się wpierdalacz i jadł ciasto wkrojone do płatków z mlekiem, zagryzając nutellą wygarniętą wprost ze słoika.

***

M. ma trochę racji, ale w życiu tego przed nim, ani żadnym innym obcokrajowcem, nie przyznam. Na ostatnim wykładzie miałam witness statement. N. jest jednym z najlepszych wykładowców jakich spotkałam i daje mi swoje stare tłumaczenia z usuniętymi danymi osobowymi, żebym miała wgląd w prawdziwą pracę tłumacza. N. mówi, że mi brakuje perspektywy, bo jedyna Polonia z jaką mam do czynienia, to inni studenci. Nie zaprzeczam.
Zeznania, które tłumaczyłam, dotyczą wypadku w magazynie. Smutne strasznie. Świadek słabo mówi po angielsku, nie rozumie swoich przełożonych, musi podpisywać dokumenty, w których nie wie co jest, pracownicy są ciągle poganiani, brakuje odpowiedniej odzieży ochronnej, a gdy z powodu zaniedbań w health and safety komuś coś się stanie, pracodawcy zawsze zwalają winę na poszkodowanego.

W takich momentach doceniam swoją pracę. Nie, ja ogólnie doceniam swoja pracę, ale jak czytam coś takiego, to doceniam dwa razy bardziej. Trzy razy bardziej. Najgorsze co się może zdarzyć, to obsesyjnie pedantyczny J powtarzający mi w kółko, że mam ogarnąć rozwalone kartony.
(w sensie ze strony przełożonych oraz wspołpracownikow, hołota zwana klientami to już inna bajka)

***

Starzeję się, wczorajsze wyjście na piwo skończyło się tylko na trzech, wróciłam do domu na piechotę, byłam tylko trochę pijana, a dziś tylko trochę skacowana i zjadłam masę tostów z serem.

niedziela, 27 kwietnia 2014

34. auć

Niedziela. Od rana wzięłam dziewięć ibuprofenów i zaraz wychodzę do pracy. Kończę o północy.

Ktoś mi piśnie, że moje pokolenie ma łatwo, jest leniwe i nie szanuje pracy, to strzelę w pysk, że się nie pozbiera!

środa, 16 kwietnia 2014

33. no-lajfowa wialkanoc


Czuję się, jakbym mieszkała w bibliotece. Nawet niektóre komputery mnie rozpoznają i język klawiatury automatycznie przestawia się na PL po zalogowaniu. Noszę dodatkową torbę, żeby pomieścić wszystko, co danego dnia będzie mi potrzebne: jedzenie na conajmniej dziesięć godzin, butelkę wielorazowego użytku na wodę, termos z herbatą, sweter, uniform do pracy, notatki, kalendarz i książkę o subtitlingu. Dziś na tapecie divorce proceedings oraz wardship order, nie jest aż tak trudne jak tłumaczenie dyplomów i suplementów, ale jest mniej terminologii w internecie.
W ogóle nie odczuwam tego, że mamy przerwę wielkanocną, robię to co robiłam przed przerwą, i chyba ten stan nieprędko się zmieni.

Ostatnio śnił mi się kolega K., robiłam piknik u podnóża Pen Dinas, a on przypłynął kajakiem po rzece, co mi bardzo zaimponowało i poczułam się też zazdrosna bo w końcu taki sport to nie byle co, później ja też uczyłam się pływać kajakiem i nie miałam jak zapłacić rudej, irlandzkiej instruktorce przebranej za koniczynę, więc zgodziłyśmy się, że zamiast pieniędzy będę z nią uprawiała seks.
Ja pierdolę, co ja mam w głowie?

sobota, 12 kwietnia 2014

32. pracowita sobota.



Siedzę w łóżku, jem lody z owocami i robię pracę. Jak to się stało, że mój sobotni wieczór kończy się samotnymi lodami i tłumaczeniem, a nie pizzą jedzoną rękoma wśród innych amatorów alkoholu, którym właśnie włączył się wpierdalacz?
Jestem wykończona, zrobiłam dwie osobne zmiany w pracy, a w międzyczasie trochę projektu na uniwersytecie. Zmiana numer jeden poszła okay, właściwie to już zapomniałam jak wygląda pracowanie w soboty, i wygląda tak jak ostrzegł nas J. – it’s gonna get busy as fuck. Po trzech godzinach moja sekcja już nie wyglądała, jakbym rano wyładowała na nią dwie palety, tylko jakby przeszła szarańcza jedząca kubki, plastikowe pojemniki i folię aluminiową. Zmiana numer dwa poszła gorzej, mieszanka dwójki bardzo miłych supervisorów i ekipy gdzie większość leseruje, to nie jest dobra mieszanka. No cóż, praca w retailu to nie rurki z kremem.

Ciekawe, czy kiedyś będę tłumaczem. Czy kiedyś praca nie będzie w końcu oznaczała poranionych dłoni i brudnych ubrań.

***
Irytuje mnie, jak ludzie pierdaczą, że internet i social media zabija komunikację międzyludzką. Uwielbiam te kilka sekund na obejrzenie zdjęcia na Snapchacie. Jakiegokolwiek zdjęcia. Zwłaszcza banalnego. Jesli E. wysyła mi zdjęcie nowych butów, to znaczy, że wierzy, że jestem zainteresowana jej nowymi butami, i ma rację. Kilka sekund przykleja mi uśmiech na kilka godzin.


***
Na pocieszenie wklejam zdjęcie robalka z World Museum w Liverpoolu, a pocieszenie jest takie, że te robalki nie żyją nigdzie, gdzie w najbliższym czasie pojadę.


piątek, 28 marca 2014

31. smuteczki








Ktoś zafarbował fontannę wczoraj! :)




















***

Spadłam ze schodów i chyba uszkodziłam sobie rękę, deadliny zbliżają się nieuchronnie, boli mnie brzuch, jest zimno i mam smuteczek. Dobiłam się moim wyborem klipu do subtitlowania, który jest o tym, jak ludzie bez kasy nigdy nie dostają dobrych prac bo nie mogą robić darmowych staży i zdobywać doświadczenia (BBC - Who gets the best jobs? - warto obejrzeć), Chińczyk z grupy wysłał mi swoją część prezentacji i wszystko jest do poprawki, dostałam pierwszą odmowną odpowiedź w sprawie stażu, nie nauczyłam się jeszcze dekompilować aplikacji na smartphony i mam dziś ogromną dostawę na swoją sekcję w pracy.

Now then mardy bum.

Przejdzie mi. Jutro jest sobota, mój chill-day, jedyny dzień w którym wolno mi się opierdalać, wolny od pracy i uni. Jadę do Londynu, zapowiadali ciepło, a teraz idę przeszukać szafki, gdzieś powinno być pudełeczko walnut whipów.


czwartek, 20 marca 2014

30 st patrick's

W poniedziałek spotkałam się z A. na wspólną naukę w K17. A. specjalizuje się w subtitlingu i pomagał mi w konfigurowaniu programu.
Wspólny subtitling zakończył się na tym, że poszłam na koncert hard rockowy do najbardziej meliniastego pubu jaki w życiu widziałam, a później dołączyliśmy do reszty ekipy z uni i pijani biegaliśmy po mieście w guinessowych kapeluszach. St Patrick's <3

 Tak czy owak, mam ponad 50 napisów  (na 200, ale jeszcze tydzień temu nie miałam ani jednego) i idzie mi coraz lepiej.



piątek, 14 marca 2014

29. ponglish

Ostatnio robiąc tłumaczenie bardzo zdałam sobie sprawę z tego, czym męczy mnie tutorka N. Poprawne używanie języka polskiego jest dla emigranta niełatwe i muszę się z tym ogarnąć. Ostatni raz poprawne używanie języka polskiego obchodziło mnie dokładnie pięć lat temu, gdy przygotowywałam się do matury. Zresztą, bardziej niż poprawność interesowało mnie zakucie kluczy i nazw środków stylistycznych za które były punkty. A teraz bam, przyjeżdżam do Anglii na studia, trzeba poprawnie pisać po polsku i jestem w dupie, nawijam ponglishem, jak wszyscy rodacy tutaj i nie wiem jak przetłumaczyć słowo feedback. Najgorsze jest to, że je znam, rozumiem i używam, więc nic mnie nie usprawiedliwia. Używałam słowa feedback nawet jak mieszkałam z B., ej, sram żarem bo dziś odbieramy feedback za esej, no z tym feedbackiem to się nie wysilili specjalnie, jedną linijkę feedbacku to mogą sobie wsadzić.
Feedback. To provide feedback.

Słownik mówi, że feedback to jest sprzężenie zwrotne. Wybucham śmiechem, bo mi do kontekstu pasuje jak pięść do nosa.


Mój i B. ponglish był niestety dość daleko posunięty. Mówię 'niestety' teraz, z perspektywy czasu, jak siedzę przez kompem i nie wiem jak przetłumaczyć feedback, bo wtedy to było normalne, co najwyżej śmieszne. O, masz jakiś nowy smak beansów? Naprawili ci tego leaka w kaloryferze? Idę spać, bo rano mam seminara. Mam offa jutro, idziemy out? Poznałam fajnego kolesia na night-oucie. Zajebista pogoda, chodź porobić zdjęcia na seafront.

Pochodziłabym po seafroncie. Jest ciepło i wiosennie, i nie oszukujmy się, spacer betonowym deptakiem dużego miasta to nie to samo co szum pachnących fal, łagodnie rozbijających się o brzegi Walii. Moje obecne miasto jest ładne, czyste i przyjemne, ale brakuje mu tego czegoś, czegoś co byłoby ekscytujące, dzikie i niepowtarzalne. Do Peak District mam raptem pół godziny autobusem, ale Walia przyzwyczaiła mnie do krajobrazowej zachłanności. Ja bym chciała mieć Peak District za rogiem, a nie za pół godziny, i to autobusem.

Aplikuję na internshipy i poprosiłam N. o referencje. Nie odpisała. Stresuje mnie to.
Co jeśli N. uważa że będę beznadziejnym tłumaczem (i nie wiem jak przetłumaczyć feedback) i nie da mi referencji?

Piękna angielska wiosna - rozkwitły już wszędzie żonkile, a w tle jest typowo północnoangielski budynek z czerwonej cegły. 



niedziela, 9 marca 2014

28. gender, IC i tlumaczenie

Jutro zaczyna się piąty tydzień wykładów i w IC huczy jak w ulu. Na blacie obok leży sterta książek o tytułach typu Female Masculinity (co?) i Sex, Gender and Sexuality. Po co w ogóle studiować gender studies?

Co do gender, przeczytałam na fejsie wymianę komentarzy koleżanek na całkiem ciekawy temat. Otóż chodzi o to, że jedna z nich wyszkoliła się w zawodzie kowala, ale z powodu przepisów nie może tego zawodu wykonywać i jest, za przeproszeniem, w dupie z pracą. W Polsce są limity na to, co może robić kobieta i jaki ciężar może przenosić, w związku z tym, że ciężary w kuźni bywają duże, nikt jej nie zatrudni w obawie przed konrolą BHP. W Polsce kobieta może przenosić ciężar nie większy niż trzynaście kilogramów. Co ciekawe, w Anglii i Walii, gdzie BHP jest absurdalnie wszechmocne i wszechobecne, nie ma takich formalnych ograniczeń, a HSE definiuje limit jako individual capacity. Przepisy przepisami, w życiu trzeba jeszcze przeskoczyć ludzką mentalność i stereotypy. W pracy przekonanie męskiej części ekipy, że mogę i chcę obsługiwać podnośnik do palet czy zgniatarkę do kartonu zajęło mi dobre kilka tygodni. Śmieszna sprawa, bo do obsługi tych dwóch nie jest potrzebna żadna siła fizyczna, a jednak faceci upierali się, żeby zabierać moje palety i przychodzili obserwować jak sobie radzę ze zgniatarką, nawet się specjalnie z tym nie kryjąc. Stereotypy na temat płci są wszędzie, nawet w najbardziej postępowych społeczeństwach.

A zatem jutro zaczyna się piąty tydzień zajęć, a wraz z nim czas deadlinów. Mój najbliższy jest za tydzień, cztery paragrafy tłumaczenia literatury, został mi jeden i jakieś milion godzin proofreadingu. Mam jeszcze półtorej godziny w IC zanim wyjdę do pracy, pod ręką kawę, owoce i warzywa. Jest piękna, słoneczna pogoda i czuję się szczęśliwa.

czwartek, 6 marca 2014

27. recuerdos

Właśnie dostałam wiadomość od C. Jej koleżanka jest na Erasmusie w Valladolid i nie jest dobrze. Guess what she's doing as soon as she gets back? Telling everyone how racist everyone is there, and what a horrible place it is.
Wątpię czy ktoś jej uwierzy. Nam nie uwierzono, head of department nawet nie przyjął naszej skargi mówiąc że wyolbrzymiamy. Nie jestem do końca pewna, czy ktokolwiek nam uwierzył. Nie wiem, czy sama bym sobie uwierzyła. Wróciłam wtedy z tej rozmowy i rozryczałam się. R ryczała już w trakcie. Nie płakałam w Valladolid, nieważne jak podle się czułam. W środku byłam pusta. Tak właśnie się czułam, podle, pusto, wygaszona.

Valladolid zawsze będzie gdzieś we mnie, schowane, wybaczone już, wepchnięte na sam dół świadomości, czasem tylko wypływające i paraliżujące na moment, wbijające szpikulec lodu i strachu w serce, zaciskające niewidzialną dłoń na gardle. Ciężko jest to w ogóle opisać. Po raz pierwszy odkąd wyjechałam z Polski czułam, że bycie na emigracji jest straszne.

Nie mogę pozbyć się jednego nawyku, który tam nabyłam. Uwarunkowałam się, jak mówi współlokator M. Było gorąco, a później zimno, także picie dużych ilości wody było koniecznością. Zauważyłam, że obracanie butelki wody w dłoniach pomaga mi panować nad stresem, a powolne picie dużo skuteczniej powstrzymywało mnie przed powiedzeniem czegoś, czego mogłabym żałować, niż liczenie do dziesięciu. Teraz, w czasach pokoju, działa to na odwrót. Brak wody oznacza stres. W zeszłym semestrze szłam rano na uniwersytet, moja grupa miała prezentację na temat linguistic theories. W połowie drogi sięgnęłam do torebki po butelkę wody.
Nie ma
.
Zatrzymałam się, wyrzuciłam wszystko z torebki.
Nie ma, naprawdę nie ma.
Zrobiło mi się słabo, pociemniało przed oczami, w gardle poczułam ucisk. Dobrnęłam na uniwersytet, powietrze było ciężkie i gęste, moje nogi, zamienione w galaretę, odmawiały współpracy. Wbieglam do kafejki, can I have a bottle of still water, please, trzęsącymi dłońmi wyciągnęłam portfel i zapłaciłam. Zanim spóźniona, spocona i przerażona doszłam do sali wykładowej, wypiłam niemal całą butelkę.

Wiem, że się uwarunkowałam. Uczyłam się o warunkowaniu na wykladach z psychosocjologii w Valladolid.

Podobno wszystko dobre, co się dobrze kończy. Valladolid skończyło się dobrze, tj wyjechałam stamtąd i już nigdy nie wróciłam, bogatsza w nowe doświadczenia i wiedzę. Plus picie dużych ilości wody jest zdrowym nawykiem.

wtorek, 4 marca 2014

26. konsekwencje niepójcia na wyklad i shrove tuesday


Niepójście na wykład z powodu zaspania z powodu czytania książki ciągnie się za mną dalej. Okazało się dziś, że wszyscy wybrali grupy do formative assessment tydzień temu, wszyscy poza mną i Chińczykiem, który ledwo mówi po angielsku i śmierdzi. No, to cały projekt na mojej głowie, bo koleś dopiero za szóstym razem zrozumiał, że zarezerwowałam nam temat, wtedy kiedy otworzyłam stronę i pokazałam palcem na temat, na mnie i na niego.
Mam nauczkę, żeby chodzić na wykłady :f

***

M i P straszą mnie, że Rosja zrobi najazd na Polskę jak już zajmie Ukrainę. Że niby jesteśmy następni w kolejce.

***

Dziś dzień naleśników w UK!

niedziela, 2 marca 2014

25. uni & st. david's


IC, niedziela. Nadrabiam wtorkowe zaległości wynikłe z niepójścia na wykład, które z kolei wynikło z czytania Life and laughing zamiast pójścia spać.

Czekam aż zainstaluje się Trados. Działa to tak: demokratycznie założono, że każdy student ma prawo uczyć się na każdym wolnym komputerze w każdej wolnej w danym momencie sali wykładowej, w niektórych także w nocy. Na komputerach uniwersyteckich dostepne są więc wszystkie programy których używają studenci jakiegokolwiek kierunku na jakimkolwiek wydziale, ale nie wszystkie są zainstalowane aby nie spowalniać sieci. Jeśli czegoś nie ma, a chce się tego użyć, to na komputerze zawsze będzie plik instalacyjny. Rozwiązanie genialne, bo najgorsze co się może stać to utrata kilkunastu minut na zainstalowanie potrzebnych programów. A zatem czekam aż przestanie się kręcić kółeczko przy Trados and Multiterm i będę mogła robić pracę domową.

***

Wczoraj być dzień św. Dawida. Tęsknię za Walią. Rok temu z tej okazji piłam cwrw w lokalnym pubie z najlepszym Walijczykami na świecie.
Smuteczek troche.