czwartek, 14 sierpnia 2014

49. pijany post

Wróciłam do domu, jestem trochę pijana, jem frytki z serem i robię tłumaczenie.
Piłam z Hindusem inżynierem i brytyjskim anarchistą pracującym dla rządu.
Mnie opisali jako socjalistę-lewaka na kierowniczym stanowisku.

Mam kryzys zawodowo-egzystancjonalny (jak na trzeźwo przeczytam ten post to okaże się, czy chociaż dobrze przeliterowała,m). Mam wątpliwości czy chcę być tłumaczem, z tego prostego powodu, ze tłumaczenie jest nudne. Nie, zalegnięcie na kanapie z laptopem na cały dzień chyba nie jest dla mnie. Nawet gdyby mi za to płacili, bo można mieć płacone za ciekawsze rzeczy.

środa, 13 sierpnia 2014

48. the general public

W ciągu całego swojego życia pamiętam jedną sytuację, gdzie byłam prawdziwie niemiła wobec osoby pracującej w sklepie, a i do tego zostałam bezczelnie sprowokowana.

To było w Hiszpanii. C. wyczaiła sklep z kosmetykami, w którym sprzedawano pudry w naszym odcieniu i nie był to horrendalnie drogi Corte Ingles. Piszę naszym odcieniu, ponieważ C. jest rudą Walijką z porcelanową karnacją, a ja mam po prostu bardzo jasną skórę.
Sklep działa jak polski Inglot: pokazuje się pani, co się chce, pani otwiera jedną z miliona szuflad za ladą i wyciąga produkt. Ku mojemu zaskoczeniu, pani zamiast otworzyć jedną z miliona szuflad i wyciągnąć mój puder, popatrzyła na mnie i powiedziała: ale ty jesteś bardzo blada, potrzebujesz ciemniejszego pudru. Grzecznie podziękowałam i powiedziałam, że wolę jednak ten, który ma kolor taki jak moja skóra. Pani nalegała: to może chociaż róż? Grzecznie podziękowałam po raz drugi. Pani nie chciała ustąpić: to może bronzer? Grzecznie podziękowałam po raz trzeci i wtedy pani powiedziała coś co ścięło mnie z nóg: ale kup ten ciemniejszy odcień bo jesteś tak blada, że wyglądasz na chorą.
Nie wytrzymałam: a ty tak umalowana, że wyglądasz na clowna.

Jestem bardzo emocjonalna, impulsywna i szczera, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to był jedyny razy kiedy pojechałam po pracowniku sklepu.

Ja jestem po drugiej stronie barykady i to po mnie się jedzie. Mam do opowiedzenia historie, w które nie uwierzyłby nikt, kto nie ma codziennego kontaktu z szerszą publicznością. Kiedyś rozmawiałam o tym z R., R. tylko się uśmiechnął i powiedział cicho: you haven't seen anything yet.

Nadal przechodzą mnie ciary, gdy o tym myślę.

niedziela, 20 lipca 2014

47. ja, seksistka

Pod koniec zmiany w pracy supervisor rozdziela zadania typu kto co ogarnia w tym całym bajzlu. Trochę się bałam, że ktoś pomyśli, że jestem hardlinerową feministką nienawidzącą mężczyzn, bo faceci na mojej zmianie dostają magazyn, czyli ciężką i brudną fizyczną robotę, a kobiety dostają lżejsze prace jak zamiatanie i mopowanie podłogi.
Nikt nic nie mówił, myślałam, że jest ok. Dziś S. podeszła do mnie i powiedziała, że to co robię to seksizm i umacnianie negatywnych stereotypów płciowych, bo na moich zmianach mężczyźni nigdy nie muszą mopować podłogi. J. poparła jej zdanie.
Szok. A. powiedział, że upewni się, że jutro dziewczyny dostają magazyn.

Zaczynam rozumieć dlaczego J. ciągle na mnie krzyczy, że mam być twarda bo mi wszyscy wejdą na głowę.

Jutro zaczyna mi się urlop. W planach York, Brum, Leeds i inne miejsca.
Potrzebuję bardzo.

sobota, 19 lipca 2014

46. you will be hanged by the neck until you are dead

Wczoraj, 0930
The next train to arrive at platform four is the nine forty one train for Skegness. This is a platform alteration. Platform four for Skegness.

Zapowiadali gorąco, blisko trzydziestu stopni i słońce. Ja tymczasem stoję na peronie czwartym w Grantham w swoich najbardziej letnich ubraniach i trzęsę się z zimna, na odsłonięte nogi i ramiona zaczyna padać deszcz. Jadę na jeden dzień nad morze, do osławionego Skegness i wygląda na to, że dziś Matka Natura pokazuje mi środkowy palec. A właściwie dwa palce, po angielsku.

Wczoraj, 1350
The next stop is Nottingham, Nottingham next stop.
Po bardzo mokrej i bardzo zimnej godzinie w Skegness złapałam pociąg do Nottingham, mam otwarty bilet typu anytime any route permitted więc postanowiłam wykorzystać dzień. Zaczęło się ocieplać i przejaśniać, a ja googluje muzea i atrakcje turystyczne w Nottingham.

Wczoraj, 1505
Follow me to the court room please!
Wygooglałam Galleries of Justice jako muzeum w centrum miasta i blisko stacji kolejowej. Na zewnątrz już jest bardzo gorąco, duszno i wilgotno a słońce praży niemiłosiernie i cieszę się, że mam na sobie swoje najbardziej letnie ubrania. Podążamy za przewodnikiem do sali sądowej z epoki wiktoriańskiej. Jej atmosfera miażdży, przygniata, momentalnie ucisza grupę turystów i mam wrażenie, że słoneczne Nottingham znajduje się w jakiejś innej czasoprzestrzeni, a nie tuż za drzwiami. Zimny dreszcz stawia mi włosy na karku, gdy siadam w skrzypiącej ławie. Ile osób szło tym samym korytarzem, dotykało tego samego ciężkiego, dębowego drewna, by później dowiedzieć się, że czeka ich kara śmierci?
Eerie, creepy, overwhelming, powerful. Brakuje mi odpowiednich słów w moim ojczystym języku, by opisać całość doświadczenia.
Muzeum Galleries of Justice rozwaliło mnie na drobne kawałeczki. Polecam.

***

W przyszłym tygodniu mam urlop, ale R. męczył mnie, żebym w środę przyszła do pracy na jeden dzień, a ja potrzebuję kasy żeby więcej sobie popodróżować, więc mamy win-win situation. Każdy dzień zaplanowany, na większość już mam kupione bilety. Yay :)

sobota, 12 lipca 2014

45. multi kulti

Mam sąsiadów z Pakistanu. Ich yard przylega do naszego i oddzielony jest lichym płotkiem z desek, z naszej kuchni widać ich kuchnię, pokój dzieci jest za ścianą od mojego (mieszkam w typowym angielskim terraced house, czyli zabudowie szeregowej).
Trwa ramadan. W samym środku nocy, gdy zmęczona idę spać, sąsiedzi zaczynają gotować i jeść. Zapraszają rodzinę, wszyscy z małymi dziećmi, otwierają drzwi od kuchni i o pierwszej w nocy muszę usypiać się muzyką, wpychając słuchawki w uszy, żeby zagłuszyć szczęk garów, wrzask szóstki dzieci i odgłosy uczty na yardzie.
Argh.

***

Can I force you to take holidays?
Jeszcze tydzień. Planuję i jaram się jak stolica po marszu narodowców!

piątek, 4 lipca 2014

44. trzy zdania

Strawberries! British strawberries for a pound!
Wpierdalam tyle truskawek, że pan ze straganu z owocami mnie już rozpoznaje. Stragan ustawiony jest naprzeciwko mojej pracy, wśród innych straganów, na ławkach wokół siedzą ludzie i cieszą się słońcem, jedząc owoce i słodycze. Uwielbiam te ulotne chwile, gdy wśród zgiełku angielskiego deptaka podpatruję życie miasta, gdzie ocierają się o siebie kultury, zwyczaje i tradycje; high street jest tyglem, gdzie jest wszystko co złe i wszystko co dobre naraz.

***

I would feel comfortable if I had to walk out of work now and leave you in charge of the store.
Na początku mojego szkolenia J. krzyczał, że trzeba mnie wrzucić na głęboką wodę, bo tak się najlepiej szkoli pracowników. O dziwo, jemu samemu wrzucanie mnie na głęboką wodę szło bardzo średnio, a przodował w tym R., który, z ciepłym uśmiechem na ustach, inicjował wszystkie przerażające dla nowicjusza rzeczy, takie jak pierwsze przejęcie sejfu, pierwsze samodzielne zmiany i pierwsze samodzielne odbieranie dostawy. R. ma coś, co Brytyjczycy nazywają people skills. Nigdy nie widziałam R. zdenerwowanego, nigdy nie słyszałam, żeby podniósł głos, nigdy nie słyszałam, żeby kogoś krytykował. Nigdy nie widziałam, żeby ktokolwiek się R. sprzeciwił lub odmówił zrobienia czegokolwiek. R. prowadzi poważne rozmowy w taki sposób, że delikwent sam zdaje sobie sprawę z tego, co zrobił źle, przeprasza i obiecuje poprawę. Ja też.
Wczoraj R. powiedział, że się sprawdziłam i moje szkolenie niedługo dobiegnie końca.

***

We'll need to sit down for a couple of hours next week and have a chat about a few things.
Zapytałam, czy to będzie straszne. A. roześmiał się i powiedział, że nie, ale mnie niewidzialna ręka ściska za gardło, gdy o tym myślę.
Boję się nastepnego tygodnia.

środa, 2 lipca 2014

43. przestan sie mazgaic!

Pierwsze moje otwarcie pracy, urgh.
Jedną z dostaw przywozi polski kierowca. Jest miły, uśmiechnięty, ma tatuaże, które mam ochotę polizać i w ogóle nie wygląda na Polaka. Dziś zaiwanił wózek z pobliskiego Icelanda, żeby zaoszczędzić na czasie. Przerażona powiedziałam, że będę mieć problemy jak ktoś nas przyłapie na nieautoryzowanym pożyczaniu wózków.
Riposta kierowcy? Przestań się mazgaić, nic ci nie będzie.
No, łatwo mu mówić, to nie on musiał cichaczem odstawiać wózek na miejsce, a później zwiewać mając nadzieję, że nie wpadnę po drodze na pracowników Icelanda :f

***

Gdzieś czytałam, że afera bo w pracy w Anglii zabroniono Polakom mówić po polsku. Pierwsza reakcja – krew się we mnie zagotowała! No bo jak to, Polacy nie gęsi, mowa ojczysta i te klimaty, ja bym się zbuntowała przeciwko szefowi-tyranowi, trajkotała po polsku ile wlezie, bo dyskryminować się nie dam, a co!
Im więcej czasu upływa, tym bardziej myślę, że ten zakład pracy miał rację. Jechałam ostatnio taksówką, brodaty Pakistańczyk nadawał coś do radio w punjabi lub innym języku, którego nie rozumiałam, co rusz wybuchając rubasznym śmiechem, z drugiej strony linii otrzymywał głośne okrzyki aprobaty i wesołości.
Może rozmawiali o prognozie pogody lub najnowszej grze na PS3.
Może rozmawiali o mnie.
Czułam się koszmarnie nieswojo.

wtorek, 1 lipca 2014

42. przeprowadzka

Przeprowadziłam się. Dom jest ocieplony, zadbany, ogrzany, świeżo wyremontowany, w podejrzanie tani czynsz wliczone jest wszystko począwszy od gazu, poprzez council tax, na licencji telewizyjnej skończywszy, wraz z umową dostałam kopie certyfikatów bezpieczeństwa instalacji elektrycznych, alarmów przeciwpożarowych i innych takich. Viewing robił jeden z lokatorów, więc mogłam zadawać niewygodne pytania ile wlezie. Przez ostatnie trzy dni chodziłam i szukałam gdzie jest haczyk.



No i znalazłam.
Po drugiej stronie drogi jest mały Pakistan, mało kto na ulicy mówi po angielsku, w oknach wiszą plakaty z napisem Ramadan Mubarak, a wieczorami do pobliskiego Tesco Express ciągną miejscowi żule po tani cydr, znacząc trasę rzygiem, moczem i rozlanym alkoholem.
Rough as fuck.

***

Właśnie zadzwonił R. zapytać czy wszystko ok i czy czuję się pewnie co do jutrzejszego otwierania sklepu, bo pierwszy raz jestem sama. Aww, ludzie w mojej pracy są przemili :)