środa, 8 kwietnia 2015

78. loss prevention w pracy

Nine eight to one five, are you receiving?
M. dał nam radio, powiedział, że ktoś musi je wziąć, R. zrobił krok w tył, ja popatrzyłam skonsternowana na obydwu, wzięłam walkie talkie, przypięłam do spodni i po raz pierwszy oficjalnie muszę ganiać złodziei.
Nasz kod zostaje wywołany, będą kłopoty.
One five to control, received, over.
Podchodzi jakaś pani i pyta jakie żarówki będą pasowały do jej lampki, mówi do mnie, opowiada mi o lampce, jest miła, ale ja jestem zestresowana, radio przypięte do spodni nagle bardzo mi ciąży, a antena kłuje mnie w plecy.
... white male, about five foot four, jeans, tattoos on face and neck...
Jest. Wkłada tabliczki czekolady do torby na prezenty.

Po raz pierwszy całkiem sama złapałam i wyrzuciłam z pracy złodzieja. Loss prevention to się nazywa.
One five to nine eight, are you receiving? Attempted theft. Intoxicated. Left the store, heading towards Staples now. Over.

***

Nie bierzcie narkotyków, bo możecie zamienić się w:

- zarzyganego agresywnego pana, który wpadł w stertę papieru toaletowego, po czym zaczął lizać i gryźć opakowania
- panią, która wlała sobie do gardła calutką butelkę syropu na kaszel, zasypała paczką skittlesów i została zgarnięta przez policję, gdy wciąż klęczała na sekcji ze słodyczami; mieszanka syropu, skittlesów i śliny wypływała jej z ust
- pana, który ukradł puszkę jedzenia dla psów, zjadł je, pociął się puszką, a następnie zaatakował wezwanych paramedyków
- pana, który krzyczał na lodówkę z mlekiem, że ma być cicho
- pana, który próbował zapłacić przerażonej kasjerce biletem na autobus za nieistniejące zakupy
- pana, który zaatakował managera sklepu i wygryzł mu kawałek skóry z ręki
- panią, która próbowała ukraść, ale zamiast do kieszeni włożyła produkty do spodni, i zaczęły wypadać nogawką

One five to control, are you receiving? We need some support, please. Immediately, please.


wtorek, 24 marca 2015

77. rodzice i urlop w Irlandii

Myślę, że daję sobie w życiu radę dość dobrze, mam skończone studia, kończę drugie, mam stałą pracę, w której jestem lubiana i doceniana, grono zaufanych przyjaciół, z którymi nie ma żadnej dramy i z którymi wspieramy się jak możemy; potrafię sobie ugotować, zapłacić swoje rachunki, pójść do lekarza kiedy potrzeba, przeprowadzić się do innego miasta, wymienić żarówkę, zaoszczędzić pieniądze i utrzymać dom w czystości. Potrafię w wartościowy sposób zapełnić swój wolny czas, pojechać na wakacje, pójść do muzeum, poczytać coś ciekawego, zorganizować wyprawę do parku linowego albo po prostu upić się i brudnymi rękoma jeść pizzę z miejsca, do którego na trzeźwo bym nie weszła.
A, w obcym kraju. Albo nawet dwóch. A jak liczymy osobno Walię i Anglię, to trzech.

Dla moich rodziców to mało. Nigdy nie sprostam ich oczekiwaniom i już się poddałam, nie żyję po to, żeby mogli się mną pochwalić, manie dziecka to nie to samo co kupienie sobie lalki w sklepie.

***

Byłyśmy w Irlandii i wróciłyśmy.
Nie miałam zdania na temat irlandzkiego separatyzmu i tego całego rozpizdu jaki tam sobie robili i robią, bo nigdy nie widziałam Irlandii. A teraz mam.
Irlandczycy oglądają zrobione w UK programy, w telewizji leci Jeremy Kyle i Jonathan Ross; piją herbatę, mają brytyjskie poczucie humoru i urok (flirtujący rudowłosi lokalsi z miękkim, irlandzkim akcentem - yummy), jedzą chipsy o smaku octu, w ogóle jedzą brytyjskie jedzenie, są raczej uprzejmi, krzywo patrzą na turystów, kupują w brytyjskich sklepach, nawet ich bilety kolejowe są podobne do tych z National Raila. Dla mnie Irlandczycy to odmiana Brytyjczyków, jak Walijczycy czy Szkoci.
Belfast jest strasznawy trochę, nie spodziewałam się, że tak będzie wyglądał, nie spodziewałam się, że gołym okiem będę wiedziała, czy jestem w strefie lojalistów czy republikanów, ja się w ogóle nie spodziewałam, że tam jeszcze jakieś strefy będą. Nie myślałam, że murale będą tak onieśmielająco piękne i jednocześnie napawające grozą, niczym tatuaże na ciele miasta przypominające przeszłość. Najstraszniejszą rzeczą są Peace Lines, o których myślałam, że zostały wyburzone, nie mieści mi się w głowie, że mieszkańcy Belfastu chcą, żeby one tam były, że nadal za bardzo się boją, że usunięcie murów byłoby jak rozdrapywanie strupów brudnymi palcami, które zainfekują i zaognią ranę.
Aspekt Belfastu, który uznałyśmy za bezpieczny do swobodnej dyskusji w zatłoczonym pociągu? Platforma wiertnicza wyciągnięta na brzeg do naprawy. Platformy wiertnicze są straszne.

***

W tak pięknym i różnorodnym świecie, byłabym niewdzięczna, gdybym przejmowała się tym, że moi rodzice despracko nie mogą pogodzić się z faktem, że w wieku dwudziestu pięciu lat nie jestem prawnikiem ani lekarzem.

środa, 25 lutego 2015

76. lenistwo

Skiving away in your last hour, huh?
Chciałam zaprzeczyć, ale stałam w magazynie i usta miałam zapchane bananem, którego na szybko jadłam, więc tylko pokręciłam głową wydając bliżej niezidentyfikowany odgłos. Banany to taki zajebisty dar Matki Natury dla leniwych ludzi, nie trzeba gotować, nie trzeba obrabiać, nie trzeba myć, nic nie trzeba, a takie smaczne i pożywne.
Jem banana czy nie, tak naprawdę A. wie, że się nie opierdalam, a to jest tylko taki banter.
Zanim zostałam supervisorem, to nie ogarniałam, skąd A. wszystko wie.
Teraz wiem, że A. wszystko wie, bo mu wszystko mówimy.

Jestem chora i mam taki poziom nicmisięniechcenia, że wsypałam zamrożone warzywa do garnka, ugotowałam, posypałam serem i udaję sama przed sobą, że wcale nie jestem leniwa, tylko się zdrowo odżywiam. Wczoraj nawet nic mi się nic chciało gotować, to posiekałam owoce i zjadłam. Nie, właściwie to ja posiekałam banana, a resztę owoców tylko przepłukałam i przesypałam do miski.

W poniedziałek lecimy do Dublina z E., moja mama przerażona zapytała: a czemu wy lecicie do Irlandii, tam jest niebezpiecznie, tam się strzelają!

wtorek, 17 lutego 2015

75. srogi wkurw

Ilość nutelli na naleśniku jest wprost proporcjonalna do wkurwu jaki mnie mnie ogarnia na myśl o tym całym bajzlu na uniwersytecie. Nikt nic nie wie, jeszcze nie jest potwierdzone jaki mam moduł (wykłady zaczęły się tydzień temu) wszystko jest robione na łapu-capu, nie robię w tym roku nic związanego z tłumaczeniem, a wczoraj okazało się, że pracy magisterskiej też nie mogę pisać o tłumaczeniu, o zamianie na extended translation mogę w ogóle zapomnieć, bo osoba która zgodziła się być moim promotorem wczoraj nagle zmieniła zdanie, mówiąc wprost, że jest zbyt zajęta własnym PhD, żeby poświęcać czas dla innych. Jestem w dupie bardzo.
Dlaczego mówię o nutelli na naleśniku? Bo jest pancake day, a dzień święty należy święcić.
Dziś było bardzo dużo nutelli.

***

Dzieje się tyle, że nie wiem o czym napisać. Mam w głowie milion myśli. Jest dobrze na wszystkich płaszczyznach, poza uniwersytetem, ale uniwersytet tak mnie dobija, że w mojej głowie nie ma od niego żadnej ucieczki. Chcę już skończyć i pożegnać się ze sformalizowaną edukacją na zawsze, bo mam dość.



wtorek, 10 lutego 2015

74. paranoja mojego pokolenia

Bardzo często słyszałam od młodych Polaków na emigracji, że nie podoba im się frywolność, beztroska i brak zasad moralnych młodych Anglików. Można się zgadzać lub nie, mnie osobiście bardziej niż sobotnie pijaństwo zagryzione kebabem, powszechne wśród moich angielskich rówieśników, martwi moje pokolenie w Polsce, a konkretnie jeden jego aspekt – narastająca paranoja i wiara w teorie spiskowe.

Teorie spiskowe może i mają w sobie jakieś ziarno prawdy i otoczkę tajemnicy, ostatecznie raczej nigdy się nie dowiemy czy Saddam Husein nie był aby martwy długo przed tym, zanim zastrzelili go Amerykanie, kto zabił Kennedy'ego, co naprawdę stało się w WTC, ani co wylądowało w Roswell.
Ja nie o takich teoriach spiskowych.

Codziennie na fejsie, moi rówieśnicy z Polski, ludzie oczytani i wykształceni, zamieszczają linki do artykułów dowodzących, że życie jest do bani, bo Polską nie rządzą prawdziwi Polacy, tylko obce siły i mocarstwa.
Raz o tym, że niedługo w Polsce drugim językiem będzie hebrajski wdrożony pod dyktaturą żydokomuny. Znacie kogoś, kto mówi po hebrajsku?
Raz o tym, że ludzi nagłaśniających afery korupcyjne wsadza się do psychuszki. Pomysł tak archaiczny, jak i język używany do jego opisania.
Inny raz o tym, że pod rządami Unii Europejskiej, w Polsce zostanie wprowadzone prawo szariatu. W kraju, gdzie kościół katolicki praktycznie dyktuje rządowi, jakie przepuszcza się ustawy, a jakie nie.
Albo, że do Polskich supermarketów sprowadza się gorszej jakości towary niż na zgniły zachód. Poza Polską mieszkałam w dwóch innych krajach, zaprzeczam (aczkolwiek to co mnie bulwersowało w hiszpańskim Lidlu, to cena moich ulubionych orzeszków – wyższa, za identyczną paczkę...!).

Wszystko to podlane sosem jadu, nienawiści, strachu i poczucia wyższości. Słownictwo pełne agresji, powtarza się żydokomuna, lewactwo, komuchy, czerwone szmaty, czerwoni zdrajcy narody, ciemne masy, pedały, masoneria itp.
Przeraża mnie to, nawet nie ta wiara w bzdurne teorie, tylko właśnie ta agresja, zachęcanie do przemocy i nienawiści, przesycony wściekłą pogardą język, niezachwiane poczucie wyższości. No cóż, ta nienawiść i pogarda kierowana jest do ludzi takich jak ja. Mam lewicowe poglądy, miałam odkąd pamiętam, w Polsce czytywałam Urbana, w Anglii czytam NewStatesman, nie wierzę w Boga, popieram prawo gejów do zawierania małżeństw, używam powiedzonek typu Jaram się jak stolica po marszu narodowców, jestem feministką. Tysiące moich rówieśników, z mojego kraju, mnie za to nienawidzi.

A co by było, gdyby te wszystkie teorie to była prawda?
Nic by nie było.
Czekolada nadal byłaby tak samo tucząca.
Nadal jarałbym się niczym stolica po marszu narodowców na myśl o zbliżającym się urlopie w Irlandii.
Pająki w domu nadal byłyby tak samo duże.
Nadal miałabym małe szanse na zostanie tłumaczem.
Pisanie esejów nie stałoby się ciekawsze.
R. nadal pokazywałby mi zdjęcia pośladków swojego nowego chłopaka.
Burdel na moim wydziale by się nie zmniejszył (pierwszy wykład za trzy dni – szkoda, że nikt nie wie jaki).
Karmelowy Magnum nadal byłby tak samo zajebisty.

Rządy wszystkich krajów na pewno mają trochę za uszami, tylko to nic w moim życiu nie zmienia.
Moi rowieśnicy w Polsce uważają, że to zmienia wszystko w ich życiu.

niedziela, 8 lutego 2015

73. shared house

Współlokator K. tak sprzątał łazienkę, że wypierdolił mi pół butelki emolientu. W łazience jest siedem szczoteczek do zębów, żadna nie jest moja bo używam elektrycznej, w domu jest nas czwórka. Szczoteczki jak były tak są, a emolient z niewiadomych przyczyn powędrował do śmieci. Plus tej sytuacji jest taki, że zapuściłam się do miasta i odkryłam tani olejek migdałowy w Superdrugu, bije emolient na głowę.

Współlokator E, podobnie jak ja, wierzy w moc zdrowego odżywania i ciągle mylą nam się kartony mleka w lodówce. On kupuje sojowe bo jest hipsterem, ja kupuję sojowe bo mam nietolerancję laktozy. Ostatnio ktoś z nas kupił mleko z orzecha laskowego i mleko stoi w lodówce drugi tydzień, bo nie wiemy, czyje ono jest.

Lodówka, którą mamy w domu, jest tak mała, że nie mieści się do niej ogórek. Ogórka trzeba przekroić na pół i wtedy można włożyć do lodówki. Kiedyś kupiłam skrzynkę truskawek i nie było mowy, żeby zmieściły się do lodówki, musiałam zjeść wszystkie w ciągu jednego dnia.

Zamek jaki mam w pokoju, ma mechanizm samozatrzaskujący – jeśli ustawię taki malutki element w klamce w nieodpowiedniej pozycji i wiatr mi jebnie drzwiami, to nie wejdę do pokoju. Mam paranoję na punkcie tego zamka, zawsze zanim wyjdę z pokoju to sprawdzam czy nie jest przekręcony.

W łazience światło nie jest na sznurek, ale przełącznik jest na zewnątrz, na korytarzu. Kiedyś tak miałam w akademiku, do prysznica wchodziło się bezpośrednio z korytarza, i wszyscy mieli frajdę z wyłączania sobie światła, do czasu aż C. wrócił napruty i próbując złapać równowagę, przywalił łokciem w lampę i przez kolejne dwa tygodnie braliśmy prysznic po ciemku.

Ot, proza życia na stancjach.

środa, 4 lutego 2015

72. znam odpowiedzi na pytania, których nie chcialem zadac

Wczoraj dowiedzieliśmy się, że jedna osoba w pracy, kasjer, kradnie. Przemiła kobieta, ciepła, sympatyczna, szczera do bólu, dobry pracownik. Nie ma mowy o pomyłce, A. zebrał nas w biurze i pokazał nagranie z kamery. Odeszła sama.

Dziś się dowiedziałam, że pewna osoba w pracy, jeden z moich szefów, ma o mnie bardzo dobre zdanie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że zawsze na mnie krzyczy, ciągle mnie sprawdza, odmierza mi czas w cash officie, mówi że trzeba ze mną coś zrobić, bo jestem za miła, śmieje się, że jestem strasznie niewinna, upiera się, że mam robić najcięższe zmiany, a kiedyś udało mu się tak na mnie nawrzeszczeć, że uciekłam z cash officu z płaczem. No więc dziś dowiedziałam się, że ta osoba zawsze wypowiada się o mnie pozytywnie, docenia moją pracę i chce, żebym robiła najcięższe zmiany, bo można mi dać cokolwiek, i ja to zrobię jak należy.

Świat jest taki skomplikowany, że czasem nie ogarniam.
Głowę mam tak pełną myśli, że zgubiłam się po drodze do domu. 
Byłoby inaczej, gdybym żyła w Polsce? Nie, raczej nie.

Wieczorem wracam do domu
Dzisiaj zrozumiałem więcej niż chciałem zrozumieć
Znam odpowiedzi na pytania, których nie chciałem zadać
Co za okropny dzień

poniedziałek, 2 lutego 2015

71. szczyt wszystkiego

Peak?
Zza nikabu pytająco spogląda para ciemnych oczu, dłonie w czarnych rękawiczkach podają mi paczkę żelków haribo.
What, sorry?
Peak?
Mam w głowie pustkę. Pani w kostiumie ninja coś ode mnie chce, ma to związek z paczką żelków haribo i szczytem (?), a ja stoję bezradnie i patrzę raz na panią, a raz na żelki, czekając na olśnienie. Albo na to, że powie coś jeszcze.
Pani ninja robi się niecierpliwa, zbliża się do mnie, nachyla, i powtarza peak? Peak?, a ja jestem w dupie ciemnej niczym jej religijne wdzianko i bezradnie rozkładam ręce.
No halal, no?
Eureka! Wiem, wiem, wiem! Czuję się jak dziecko w szkole, wyrywające się do odpowiedzi na pytanie nauczyciela, oh, let me check it out for you, yeah, they do contain pork gelatine, I'm afraid, mówię z pocieszającym uśmiechem, udając, że mnie to obchodzi...
Peak? No halal?
Poddaję się.
Yes. Pig. No halal.

Takie sytuacje byłyby śmieszne, gdybym nie miała ich dziesięciu dziennie :s